Napisałam, że wracam a jednak tego nie zrobiłam, nie pamiętam co było miesiąc temu, na pewno wiele napadów, czasem nawet po kilka dni pod rząd, masakra.
Przyznaje się przytyłam, wszystko przez te cholerne napady, ważyłam znowu 50, cofnełam się zamiast iśc do przodu, ale potem nagle się coś we mnie złamało, jedzenie zaczęło mnie po prostu obrzydzać, nie ważne co zjadłam było mi niedobrze i tak jest do teraz.
Niestety w międzyczasie powiedziałam mamie bardzo wiele bo pomyślałam że to jednak nie jest do końca normalne, nie mogłam skończyć mimo, że chciałam.
Ale jak się zważyłam odechciało mi się kończyć dietę, przytyłam prawie 5 kg od początku wakacji, kupiłam sobie hula hop z wypustkami i zaczełam znowu być idealna, szło mi dobrze, przez tydzień, potem napad, znowu jedzenie jak najmniej i ważenie, wreszcie waga choć trochę ruszyła i w środę było 48,9!
Niestety potem znowu dwa napady, wczoraj był dosyć spory, potem nie zjadłam śniadania i po malutkim obiedzie znowu napad tylko chyba mniejszy, wypiłam czerwoną herbatę i postaram się kręcić hula hop 2h, żeby nie przytyć.
Potem pewnie wezmę znowu krople żołądkowe i miętę na przczyszczenie i jutro dalej ruszam z dietą która nie jest jakoś specjalnie określona, po prostu jem jak najmniej (najlepiej nie więcej niż muszę) i spalam więcej ćwiczeniami, póki co tylko taka dieta działa, nie wiem czy to przez niski metabolizm, czy magazynowanie przez organizm inaczej nie mogę schudnąć a sama do większych bilansów się nie zmuszę.
Postaram się dodawać posty przynajmniej raz w tygodniu (pewnie będą częściej ale też muszę skupić się na szkole) i w najbliższym czasie nie zamierzam odchodzić :)